Booking.com

GOŚĆ LATAJZNAMI.PL - MICHAŁ WIECZOREK, pilot Air Poland

Poleć znajomemu
Drukuj artykuł
Środa, 04 Maja 2011

 Michał Wieczorek, pilot Air Poland
 fot. Latajznami.pl

Marcin Mendelbaum: - Pamięta Pan swój pierwszy lot?

Michał Wieczorek, pilot Air Poland: - ooooo, to było dosyć dawno temu, minęło już 14 lat. To był szybowiec, na którym zaczynałem szkolenie podstawowe. Pasja zaczęła się jednak dużo wcześniej. Jeździłem z ojcem i wujkami na lotnisko. Od najmłodszych lat latałem z ojcem jako pasażer. Miałem cztery lata jak leciałem samolotem ale tego nie pamiętam.

M.M. - A jako pilot w jakim wieku?

M.W. - Miałem 16 lat, w 1997 roku.

M.M. - Ulubiony Pana samolot?

M.W. - Zlin 526. On przypadł mi najbardziej do serca. Szkoliłem się na nim. Jest bardzo przyjemny w pilotażu, można nim kręcić akrobacje. Jest rewelacyjnym samolotem.

M.M. - A w porównaniu z Boeingiem 737-800, którym przylecieliśmy do Las Palmas?

M.W. - Ciężko porównać. Tamten ważył niecałą tonę, ten waży około 79 ton do startu. Ten jest bardziej stabilny, aczkolwiek zasady pilotażu są te same. Masa i bezwładność robią swoje.

M.M. - Porozmawiajmy o pracy pilota. Jak wygląda pana życie zawodowe, często bywa Pan poza domem?

M.W. - Wstaję rano, jadę na lotnisko, szykujemy się do lotu, przygotowujemy dokumenty dotyczące rejsu, ustalamy ilość paliwa do zabrania. Potem idziemy do samolotu, przygotowujemy go do lotu, czekamy na pasażerów. Później rejs po wcześniej wyznaczonej trasie, lądowanie, potem do domu. Co do przebywania poza domem, to bywa różnie. Wszystko zależy od grafiku. Często jest tak, że pracujemy kilka dni w miesiącu i zawsze wracamy do Warszawy, więc wyjeżdżamy tylko na jeden dzień. Trafiają się jednak sytuacje, że wylatujemy i nie ma nas trzy, cztery dni. Wówczas możemy być zarówno gdzieś zagranicą, jak i jeździmy po Polsce na lotniska z których latamy.

M.M. - By tak pracować, trzeba chybać lubić to co się robi?

M.W. - Bardzo lubię, nawet uwielbiam.

M.M. - Porozmawiajmy o pasażerach. Jacy są Ci z którymi ma Pan okazję latać?

M.W. - Piloci mają mały kontakt z pasażerem. A jeśli już mamy i coś do nas dociera, to są to jakieś nieprzyjemne zdarzenia. Najczęściej chodzi o pasażerów pijanych bądź agresywnych. Choć w tej firmie nie spotkałem się z taką sytuacją. Zatem pasażerowie są w zdecydowanej większości ok. Myślę, że dużo więcej na ten temat mogą powiedzieć pracownicy personelu pokładowego.

M.M. - Czy to jest specyfika polskich pasażerów, że biją brawo po wylądowaniu?

M.W. - Nie sądzę. Spotkałem się z tym zarówno we Włoszech jak i w Anglii. To zależy od ludzi, którzy lecą. Czasami wystarczą dwie osoby do wywołania fali oklasków. Nie wiem czy to jest typowo polskie. Dużo częściej pasażerowie klaszczą kiedy lądowanie jest mniej komfortowe. Dla nas jest to miła nagroda i nie mam nic przeciwko temu. Muszę jednak powiedzieć, że rzadko to słyszymy. Przekazuje nam to personel pokładowy. W kokpicie jest po prostu za duży hałas.

M.M. - Co jest najcięższe w pracy pilota?

M.W. - Chyba praca w zróżnicowanych godzinach. Najpierw mamy kilka rejsów wcześnie rano, później wieczorem albo w nocy. Niestety zegar biologiczny jest rozregulowany. A ci co latają na długich dystansach, to jeszcze dochodzą zmiany stref czasowych.

M.M. - Największa przyjemność z latania?

M.W. - Samo latanie, widoki, niezależność, przestrzeń, no i zawsze świeci słońce.

M.M. - Wiele lotnisk Pan odwiedził?

M.W. - Trochę odwiedziłem ale to są krótkie wizyty, ze względu na szybki powrót. Jest jednak coś takiego, że do niektórych portów lubimy latać, do innych mniej. Zależy kto co lubi. Są lotniska kontrolowane, z bardzo dużym ruchem, takie jak w Londynie czy Frankfurcie i są one z pewnością ciekawe, ze względu na dokładne prowadzenie przez kontrolerów. Są też lotniska z mniejszym ruchem, gdzie pilot ma większą swobodę.

M.M. - Kiedy pierwszy raz usiadł Pan za sterami Boeinga 737?

M.W. - To było w 2007 roku w Centralwings. Od tego czasu latam już prawie cały czas, z krótką przerwą po upadku Centralwings. Cały czas B737.

M.M. - Nie kusi Pan inny model samolotu?

M.W. - To jest mój ulubiony samolot. Bardzo przyjemnie się nim lata i bardzo lubię nim latać. Nie chcę podpadać kolegom z Airbusów ale nie ciągnie mnie do tamtych samolotów. Jak dla mnie jest w nim za dużo eletroniki. Tutaj jest jednak większy kontakt z lotnictwem. My tu mamy ostatnie słowo do powiedzenia.

M.M. - Jak wygląda współpraca w kokpicie?

M.W. - Wiadomo, z niektórymi nawiązuje się lepszy kontakt, z innymi trochę gorszy. To zależy od charakteru człowieka. My tworzymy zgraną ekipę, zarówno wśród pilotów, jak i z personelem pokładowym, mechanikami i biurem.

M.M. - Czy jest to stresująca praca?

M.W. - Nie, raczej nie. Mogą być stresujące momenty, kiedy omijamy burzę, burza jest przy podejściu do lądowania. Ogólnie jest to bardzo przyjemna praca.

M.M. - Lubi Pan wracać na lotnisko w Warszawie?

M.W. - Lubię, zawsze jest miło wracać do domu. Choć miło jest też zostać, zwłaszcza zimą, w jakimś ciepłym kraju. Ale co za dużo to niezdrowo.

M.M. - Air Italy Polska (red. - teraz Air Poland) latało zimą do Mombasy w Kenii. Czy latanie w Afryce różni się od latania w Europie?

M.W. - Tak. W Europie nad wszystkim panują kontrolerzy lotów, ustalają separacje między samolotami, są radary. Tymczasem w Afryce nie ma pełnego pokrycia radarowego. Trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Musimy składać meldunki pozycyjne, komunikować się z innymi pilotami, podawać swoje pozycje, żeby każdy wiedział gdzie kto jest. Dodam jednak, że nie miałem żadnych niebezpiecznych sytuacji podczas lotów do Afryki.

M.M. - Pasażerowie narzekają kiedy samolot się spóźnia. Jak Pan wytłumaczy pasażerom, że czasami tak się zdarza?

M.W. - Proszę mi wierzyć, załoga jeszcze bardziej chce dotrzeć do celu jak najwcześniej. My robimy wszystko co w naszej mocy. Niestety często jest tak, że jest duży ruch nad Europą i dostajemy ograniczenia ruchowe z Brukseli, które opóźniają nasz start czasami o pół godziny, czasami o godzinę. Innym razem jest to jakaś usterka, która się zdarza i trzeba naprawić. Zawodzą też pasażerowie, którzy zgubią się gdzieś w porcie i musimy na nich czekać.

M.M. - Ile godzin miesięcznie może Pan pracować?

M.W. - Maksymalnie możemy wylatać 100 godzin. To są godziny lotu. Średnio latamy około 60 godzin w miesiącu poza sezonem, w sezonie więcej. Zazwyczaj wygląda to tak, że mamy około sześciu rejsów, a reszta to są dyżury pod telefonem. A w czasie wolnym dla relaksu latam małym samolotem.

M.M. - No właśnie, kilka miesięcy temu zdobył Pan tytuł Asa Przestworzy. Jakie są Pana sukcesy na mniejszych samolotach?

M.W. - W 2005 roku razem z ojcem zdobyliśmy złote medale na mistrzostwach Europy i Świata rajdowo-nawigacyjnych. Później rozstałem się z ojcem i zacząłem latać z Michałem Ossowskim, z którym w 2010 roku zdobyliśmy srebrny medal na mistrzostwach świata rajdowo-nawigacyjnych, a dwa lata temu wywalczyłem złoty medal w lądowaniach precyzyjnych na mistrzostwach w Toruniu.

M.M. - Nic tylko latać z takim pilotem. Dziękuję bardzo za rozmowę, bo już chyba czas wracać do Polski.

M.W. - Dziękuję bardzo. Wracamy.

(wywiad autoryzowany)

PODZIEL SIĘ:
Google Plus
Twitter
Facebook